Wiadomości

W Wilamowicach stanął pomnik pochodzącego stąd św. Józefa Bilczewskiego, a pod opiekę oddano mu pokolenia wilamowiczan i czcicieli, którzy za jego wstawiennictwem modlą się do Boga. Niezwykły monument stanął w centrum miejscowości - jako znak dla dzisiejszych i przyszłych mieszkańców oraz gości.

Ks. prał. Michał Boguta serdecznie witał czcicieli św. Józefa Bilczewskiego, z jego następcą na urzędzie metropolity lwowskiego, kardynałem seniorem Marianem Jaworskim na czele.
 
Uroczystej liturgii przewodniczył kard. Kazimierz Nycz, metropolita warszawski, urodzony w sąsiadującej z Wilamowicami Starej Wsi. Homilię wygłosił bp Roman Pindel, ordynariusz bielsko-żywiecki, a podczas liturgii zabrzmiały pieśni o św. Bilczewskim, napisane przez niedawno zmarłego śp. ks. infułata Stanisława Dadaka.
 
Wśród uczestniczących w modlitwie wiernych byli parlamentarzyści, a także liczni przedstawiciele władz samorządowych, którzy przez lata włączali się w przedsięwzięcia związane z rozszerzającym się kultem św. Bilczewskiego.
 
Nie zabrakło sióstr ze Zgromadzenia Służebniczek NMP Starowiejskich, które przed ponad wiekiem do Wilamowic przybyły na prośbę abp. Bilczewskiego, by prowadzić Ochronkę św. Anny, zbudowaną z jego wsparciem.
 
W gronie kilkudziesięciu kapłanów koncelebrujących Eucharystię byli też czciciele św. Bilczewskiego spoza diecezji, m.in. ks. prał. Mieczysław Niepsuj z Domu Polskiego w Rzymie i o. Kamil Szustak, paulin z Jasnej Góry.
 
- Witam wszystkich, którzy przyszli tu dziś podziękować za łaski, jakie uzyskali za wstawiennictwem św. arcybiskupa Bilczewskiego, a szczególnie pana Juliana, którego uzdrowienie otworzyło drogę do kanonizacji naszego świętego, a który również jest tu dziś i modli się z nami - mówił ks. prał. Boguta. Wśród dziękujących za łaski uzdrowienia byli pielgrzymi z różnych stron Polski, m.in. spod Zamościa, Hrubieszowa.
 
- Dzisiaj chcemy poświęcić pomnik najsłynniejszego spośród tych, którzy się tutaj narodzili; pomnik św. arcybiskupa Józefa Bilczewskiego, który od 2013 r. jest już patronem tego miasta. Ten pomnik będzie przypominał o życiu i o wielkich dokonaniach tego, który tu się narodził, stąd wyszedł i nigdy nie zapomniał o swojej rodzinnej miejscowości - mówił bp Roman Pindel i wskazywał na potrzebę głębokiej refleksji nad przesłaniem, jakie swoim życiem i nauczaniem został św. Bilczewski, szanowany we Lwowie nie tylko przez wiernych Kościoła rzymskokatolickiego obrządku łacińskiego.
 
- To wielka uroczystość, nie tylko dla Kościoła, sanktuarium, ale także dla miasta. I trzeba właśnie dziś zapytać, czy życie arcybiskupa Lwowa przemawia do nas i w jaki sposób przemawia - dodawał bp Pindel, podkreślając zwłaszcza starania abp. Bilczewskiego rozwój życia religijnego wiernych poprzez Eucharystię i kult Matki Bożej. Jak dodawał, poprzez ten pomnik pozostanie dla przyszłych pokoleń znak wielkich wartości.
 
- Pozostanie materialne przypomnienie wielkiej świętości i wspaniałego życia człowieka, kapłana, pasterza, patrioty. Równocześnie nas wszystkich o wiele większy trud niż trud wybudowania pomnika: czeka nas wymagający trud przekazania wiary, przekazania wartości, dania świadectwa, wychowania kolejnego pokolenia, które będzie żyło według Ewangelii, według wzorca Jezusa Chrystusa, a także tego przykładu, który nam pozostawia św. Józef Bilczewski - podkreślał bp Pindel.
 
Na fundamencie wiary
 
W podstawie cokołu, na którym ustawiono wykonaną według projektu rzeźbiarza Marka Żebrowskiego figurę św. Bilczewskiego, umieszczona została pokaźna metalowa skrzynia.
 
- Ona nadaje szczególną wymowę temu pomnikowi i sprawia, że nie jest tylko zwykłym znakiem przypomnienia o postaci naszego świętego rodaka - tłumaczył ks. prał. Boguta zgromadzonym po przejściu z sanktuarium św. Bilczewskiego na rynek, pod zasłoniętym jeszcze pomnikiem.
 
W tej skrzyni umieszczone zostały: aktualny spis mieszkańców Wilamowic, sąsiednich miejscowości: Starej Wsi i Zasola Bielańskiego, listy sporządzone przez rodziny, a także lista uczestników uroczystości poświęcenia, budowniczych pomnika oraz listy wszystkich zmarłych parafian od 1930 r.
 
Do tego dołączone są wszystkie prośby, jakie zostały złożone w kaplicy św. Bilczewskiego w naszej świątyni, a także te, które przekazano korespondencyjnie lub telefonicznie.
 
- Dołączyliśmy przekazane świadectwa łask uzyskanych za jego wstawiennictwem. Kolejna część to koperty i listy ofiarodawców wspierających budowę tego pomnika, a także księgi ofiarodawców przekazujących na moje ręce datki na kościół w Wilamowicach. Do tego doszły trzy tomy pism autorstwa św. arcybiskupa Bilczewskiego oraz publikacje wydane u nas na jego temat: książki, obrazki, modlitwy. Są także dwie książki: schematyzmy diecezji bielsko-żywieckiej i archidiecezji krakowskiej, ze spisami wszystkich parafii i kapłanów. W ten sposób powierzamy modlitwie świętego także wszystkich tych księży i wiernych - mówił ks. prał. Boguta.
 
Słowa wdzięczności za zaangażowanie przy budowie pomnika, podobnie jak i przy wcześniejszych dziełach związanych z kultem św. Bilczewskiego, ks. prał. Boguta skierował pod adresem wilamowickich władz samorządowych: burmistrza Mariana Treli, jego zastępcy Stanisława Gawlika, a także przewodniczącego Rady Miejskiej Stanisława Nycza. Z ich udziałem dokonany został wcześniej wybór św. Bilczewskiego na patrona Wilamowic.
 
Przy poświęceniu pomnika Stanisław Nycz odczytał też odczytał podjętą przez radnych okolicznościową uchwałę dziękczynienia za jubileusz 1050 rocznicy chrztu Polski.
 
W imieniu parlamentarzystów: senatora Andrzeja Kamińskiego oraz posłów: Jacka Falfusa i Grzegorza Pudy, gratulacje i podziękowania za inicjatywę budowy pomnika św. Bilczewskiego skierował wiceminister Stanisław Szwed, który odczytał także list, jaki do uczestników uroczystości poświęcenia przesłała premier Beata Szydło.
 
- Patrzcie na świętego: to był człowiek nie tylko wiary, ale też wielkiej mądrości i odpowiedzialności za ojczyznę. To, co on uczynił dla ojczyzny w czasach niewoli i po niej, nie będzie nauką, jak trzeba kochać kraj, jak być patriotą. To był człowiek, który pozostanie wzorem dla rządzących na zawsze - dodawał ks. prał. Boguta.
 
Uroczystego odsłonięcia pomnika dokonali wspólnie: kardynałowie: Nycz i jaworski, bp Pindel, ks. prał. Boguta, burmistrz Trela, przewodniczący Rady Miejskiej St. Nycz i wiceminister Szwed. Kard. Nycz poświęcił monument, a kard. Jaworski chwilę później obdarował honorowych gości tomami pism św. Bilczewskiego.
 
- Jestem bardzo wzruszony i chcę pogratulować, a także podziękować za wzniesienie tego pomnika. Wy, drodzy wilamowiczanie, macie swoją tożsamość, którą chronicie przez wiele wieków: zachowaliście język, strój, pieśni. Dużo z tego jest w waszych sercach  i to stanowi o was. Ta wasza tożsamość została ubogacona przez to, że Wilamowice stały się miastem, z którego Pan Bóg wywiódł świętego arcypasterza - dodawał kard. Jaworski.
 
Musimy do niego dorastać!
 
- Uroczystość poświęcenia pomnika, zwłaszcza w miejscu, w którym się urodził, z którego wyszedł i w którym wychował się św. Józef Bilczewski - tak jak wprowadzenie relikwii czy każdy inny wymiar kultu, jak chociażby kaplica pod jego wezwaniem w tutejszym kościele - te wszystkie inicjatywy maja wspólny mianownik. To nie tylko budowa czegoś ku czci świętego, ale to przede wszystkim wyzwanie dla nas, żyjących. Jesteśmy ludźmi, a człowiek jest cielesno-duchowy, posługuje się zmysłami i potrzebuje znaków. Te znaki wzywają nas, żeby zapatrywać się w tego, który przez znak jest przybliżony - i żeby dorastać do tego, kim był, co głosił św. Józef Bilczewski - tłumaczy kard. Kazimierz Nycz.
 
Jak wskazywał, dla miasta to powód do gratulacji, że to poświęcenie mogło się dokonać, a jednocześnie wezwanie do wielkiej pokory i dziękczynienia Bogu za to, że spośród ludzi jego pokolenia, z tego miasta wybrał właśnie jego.
 
- On wiele czerpał z korzeni: kultury i tożsamości wilamowickiej, a jednocześnie był obdarzony wielkimi talentami. Był też tytanem pracy w rozwijaniu tych talentów. Może być doskonałym patronem dla tutejszej młodzieży. On krótko uczył się w Wilamowicach, a potem wyruszył do szkół w Kętach, Wadowicach, Krakowie, Lwowie. Patrzę na ten pomnik jako na miejsce, które będzie ludziom przypominać o modlitwie przez wstawiennictwo świętego, ale także będzie budzić refleksję, jak się ma moje życie i powołanie, jak się mają moje talenty w stosunku do tego, co ze swoimi zrobił św. Józef Bilczewski - stwierdził kard. Nycz.
 
- To był jeden z najświatlejszych biskupów przełomu XIX i XX wieku, który miał swoja wrażliwość wiary, swoją wrażliwość Kościoła, Eucharystii, kultu Matki Boskiej, ale także ogromną wrażliwość społeczną, a nawet - według ówczesnych standardów - także wrażliwość polityczną. On należał krótko do Rady Regencyjnej, wiedział kiedy jego rola się skończyła i kiedy należało się wycofać. Jego postać jest także wyzwaniem dla tych, którzy angażują się w życie społeczne. Miłość ojczyzny czasem wymaga takich zaangażowań i poświęceń, ale ważne jest, aby każdy podejmował w tej dziedzinie to, na czym się dobrze zna i nie próbował podejmować żadnych funkcji tylko dla własnej chwały, ale żeby to zawsze było pojęcie służby. Taki był Bilczewski. Obok niego byli tacy wielcy ludzie jak kardynał Kakowski, książę Adam Sapieha czy ormiański biskup Teodorowicz. Oni wspólnie wzięli na siebie odpowiedzialność za Polskę wtedy, kiedy się kształtowała po 123 latach rozbiorów - przypominał kard. Nycz.
 
- Składam gratulacje dla Wilamowic i dla proboszcza ks. prałata Michała Boguty, który jest wielkim pasjonatem arcybiskupa Bilczewskiego: jego życia, jego świętości, jego beatyfikacji i kanonizacji. Życzę, żeby ten pomnik każdemu przypominał, co można osiągnąć i kim można się stać, jeżeli człowiek łączy swoje talenty, które mu Bóg dał, z własną pracą - dodawał metropolita warszawski.
 
- Dla mnie niewątpliwie wyzwaniem jest jego ogromne zaangażowanie społeczno-charytatywne, jego wrażliwość dla potrzebujących, co symbolicznie wyraziło się w tym, że kazał się pochować z ubogimi. Był empatyczny, zwłaszcza wobec ludzi biednych i potrzebujących. To jest ważne zwłaszcza dzisiaj, kiedy tak często wydaje nam się, że wszyscy są równie bogaci i nie ma biednych. To nie jest prawdą. Dlatego bardzo często nie możemy nadążyć za papieżem Franciszkiem, bo mamy swoje schematy, dla których nawet jesteśmy gotowi poprawić Ewangelię i nie usłyszeć: "bo byłem przybyszem, a przyjęliście mnie, bo byłem głodny, a nakarmiliście mnie". To są słowa ponadczasowe i tacy ludzie jak Bilczewski mieli wrażliwość na te słowa, nie tylko w sensie nauczania... - podkreślał kard. Nycz w Wilamowicach.
 
bielsko.gosc.pl

Gromkie brawa zgotowali Małgorzacie Oliwce parafianie z Ustronia, kiedy biskup Roman Pindel wręczył jej medal  "Pro Ecclesia et Pontifice" ("Dla Kościoła i Papieża").

Pani Małgorzata Oliwka już ponad 50 lat pracuje jako kancelistka w ustrońskiej parafii św. Klemensa. Pomaga także w prowadzeniu księgowości parafii w Ustroniu-Polanie oraz innym organizacjom i stowarzyszeniom.

Prywatnie jest matką trojga dorosłych dzieci i babcią. Jej mąż Emil pracuje jako kościelny.

Medal wręczył pani Małgorzacie biskup Roman Pindel 13 czerwca, podczas wieczornej Eucharysti w kościele św. Klemensa w Ustroniu, sprawowanej w intencji proboszcza ks. Antoniego Sapoty z okazji imienin.

Medal, to krzyż zasługi dla osób świeckich zaangażowanych w pracę na rzecz Kościoła. Inspiracją przyznania takiego wyróżnienia pani Oliwce była wysoka ocena ustrońskiej kancelarii parafialnej podczas niedawno przeprowadzonej przez bpa Romana wizytacji.

Po uroczystym wręczeniu tego medalu pani Małgosia otrzymała gromkie brawa od wszystkich zgromadzonych w kościele.

Krzyż "Pro Ecclesia et Pontifice" jest jednym jeden z najwyższych odznaczeń Kościoła katolickiego, jakie może otrzymać osoba świecka. Odznaczenie to zostało ustanowione przez papieża Leona XIII w 1888 r. i przyznawane jest przez papieża na wniosek biskupa diecezjalnego w dowód uznania dla postawy moralnej i zaangażowania w pracę na rzecz dobra wspólnego.

bielsko.gosc.pl

Bronisław Mydlarz otrzymał papieskie odznaczenie "Pro Ecclesia et Pontifice"!
– Żaden z kapłanów w tym kościele nie asystował przy tylu chrztach, ślubach, pogrzebach – mówił w Inwałdzie ks. dziekan Stanisław Czernik wręczając kościelnemu panu Bronisławowi Mydlarzowi papieski medal "Pro Ecclesia et Pontifice".

Pęk wielkich kluczy - to nieodłączny atrybut pana Bronisława Mydlarza. Kiedy już ostatnie parafianki wyjdą po porannej Mszy św., tuż przed ósmą, raźno maszeruje do przeszklonych drzwi kościoła. Przekręca jeden klucz - zamknięte. Głównych drzwi - które przed Mszą otwiera się od środka - rano nie zamyka. Potem trzeba pogasić światła i włączyć alarm. Dopiero wtedy pozamykać wszystkie drzwi od zakrystii i - na śniadanie do domu: 1,5 km spokojnego marszu.
 
4 proboszczów i 20 wikarych!
 
Bronisław Mydlarz z wielkim oddaniem służy parafii Narodzenia NMP w Inwałdzie od pół wieku. Urodził się 75 lat temu - dokładnie 1 września, w dniu wspomnienia św. Bronisławy. Jest jej wielkim czcicielem, bo to jego ulubiona święta.
 
Kościelnym został w wieku 25 lat. W czasie jego służby w parafii zmieniło się 4 proboszczów i 20 wikarych! W dowód wdzięczności i uznania dla jego wzorowej postawy, został odznaczony najwyższym papieskim medalem dla świeckich: "Pro Ecclesia et Pontifice". Medal wręczył mu w kościele parafialnym dziekan andrychowski ks. prałat Stanisław Czernik.
 
Pół wieku temu
 
Pan Bronisław jest związany z inwałdzką parafią od pokoleń. W tutejszym kościele został ochrzczony w 1941, a dziesięć lat później przyjął Pierwszą Komunię Świętą.
 
- Byłem ministrantem od trzeciej klasy podstawówki, Wszystkiego dla tej służby uczyłem się od pana kościelnego Konstantego Świątka. Kiedy byłem starszy, nieraz go już zastępowałem - opowiada. - Miałem jakieś 20 lat, kiedy pan kościelny zmarł i ks. proboszcz Jan Pania chciał, żebym to ja go zastąpił. Nie czułem się na siłach, żeby temu podołać. Kościelnym został syn zmarłego pana kościelnego. Ale po jakichś pięciu latach pochorował się i znowu zaproponowano mi tę funkcję.
 
Jak tłumaczy: - Nie chciałem się zgodzić, bo miałem starszych już rodziców, a przy domu gospodarstwo i osiem hektarów pola. Nie wszystko było zmechanizowane, większość prac trzeba było wykonywać ręcznie. A bycie kościelnym to są obowiązki. Z tym, że wówczas nie było tyle nabożeństw co teraz. Msza św. rano i cały dzień wolny…
 
W końcu - zgodził się. Swoją posługę zaczął dokładnie 16 czerwca 1966 roku.
 
Pobudka o 4.30
 
Pan Bronisław wstawał o 4.30. Od razu - praca w gospodarstwie w oborze, przy krowach i szybko do kościoła. Mieszka jakieś 1,5 km od niego. Niezależnie od pogody, przez cały rok - dzień w dzień pieszo pokonuje tę trasę od dziecka.
 
- O 6.30 była Msza św., więc o 6.00 trzeba już było dzwonić. Potem druga Msza św. o 7.00. Wieczorem Mszy św. nie było. Z czasem zaczęto wprowadzać nowe nabożeństwa: nowennę do Matki Bożej Nieustającej Pomocy, pierwsze czwartki, piątki, soboty; czasem wypadł pogrzeb - wtedy też trzeba było tu być.
 
Mówi, że to poranne wstawanie o 4.30 zostało mu do dziś. - Chodzę spać koło 21.00 - 21.30. Choć raz zaspałem! Po weselu bratanicy. Miałem może 30, może 40 lat. A były to dni krzyżowe… Na Mszę św. zdążyłem, ale kościół otworzył i dzwony uruchomił ksiądz proboszcz. Był to człowiek dość surowy, ale wyrozumiały, więc obyło się bez kłopotów - uśmiecha się Bronisław Mydlarz.
 
Jedynymi dniami, kiedy go nie ma w kościele, jest czas pieszej pielgrzymki andrychowskiej na Jasną Górę. Pan Bronisław pieszo pielgrzymował tam 23 razy. Wielokrotnie szedł na jej czele niosąc emblemat pielgrzymki. Kiedy pielgrzymuje, w kościele zastępuje go starszy syn Grzegorz.
 
Przeleciało te 50 lat...
 
Z żoną Janiną, Bronisław Mydlarz wychował czworo dzieci. - Pobraliśmy się 16 kwietnia 1969 roku. Jak Bóg da, za trzy lata będzie 50 lat… Już byłem kościelnym, więc moja żona wiedziała na co się pisze - uśmiecha się. - Bardzo mi pomogła. Rano, kiedy ja śpieszyłem się do kościoła, to ona zajmowała się gospodarstwem.
 
- Żeby być kościelnym, na pewno trzeba mieć powołanie, trzeba się temu oddać - przyznaje - A powiem, że jako młody człowiek chciałem zostać zakonnikiem. Nie ojcem, ale bratem zakonnym u bernardynów w Krakowie. Tyle, że rodzice nie chcieli się zgodzić.
 
Ze wzruszeniem wspomina ostatnie pół wieku. - Przeleciało te 50 lat... To, że sobie tu od początku radziłem, zawdzięczam panu Świątkowi. Obcykany był w tej służbie, w liturgii. Czasem ksiądz czegoś nie wiedział, ale pan Konstanty zawsze był w stanie mu pomóc i podpowiadał. Dziś chłopcy nie garną się do tego, żeby się uczyć takiej posługi. To już inne pokolenie. Zdarza się, że trzeba za nich służyć, bo nie przyjdą.
 
Teraz pan Bronisław przychodzi do kościoła nieco później - poranna Msza św. jest o 7.00, więc kościół otwiera o 6.30, a wieczorem - o 17.30. Wraca do domu i dopiero tam je śniadanie, a w niedzielę - na plebanii.
 
Po Mszy św. nigdy nie zamyka drzwi kościoła od razu. - Wiem, że są parafianki, które lubią się jeszcze trochę dłużej pomodlić, to im nie przeszkadzam. A kiedy słyszą, że zaczynam gasić światła, wiedzą, żeby powoli kończyć.
 
Spotykamy się właśnie po porannej Mszy, więc pan Mydlarz szepcze: - To damy im jeszcze trochę czasu - i pokazuje swoje królestwo w zakrystii. - Tu w wielkich szufladach są obrusy, stuły, alby, tu moje komeżki; tu rzeczy do prania, po które przychodzi jedna pani. A ornaty są na górze - oprowadza, opowiadając z zaangażowaniem.
 
Niespodzianka
 
– Żaden z kapłanów w tym kościele nie asystował przy tylu chrztach, ślubach, pogrzebach, nabożeństwach i tak wielu uroczystościach religijnych i społecznych – mówił ks. Czernik wręczając panu Bronisławowi medal, a jednocześnie dziękując mu za wzorową postawę męża i ojca, który potrafił pogodzić obowiązki stanu z prawdziwym oddaniem wspólnocie Kościoła.
 
- Medal był dla mnie ogromną niespodzianką. Prawie do końca udało się wszystkim utrzymać to w tajemnicy - uśmiecha się pan Bronisław. - Po wręczeniu medalu proszono mnie, żebym go przypinał sobie do marynarki. Założyłem ze dwa razy. To ogromne wyróżnienie, ale może lepiej, żeby medal był w domu, w dobrym miejscu, w kredensie.
 
Jak mówi, myślał, żeby po swoim jubileuszu zakończyć posługę. - Chciałem zrezygnować. Nie wiem też czy ksiądz proboszcz i jego następca jeszcze będą chcieli, żebym pracował. Pan Bóg mi daje zdrowie. Przez całe życie nigdy poważnie nie chorowałem. Czasem jakieś przeziębienie się zdarzyło. Póki sił starczy, pomogę więc jeszcze, ile się da.
 
bielsko.gosc.pl

Relikwie św. Maksymiliana trafiły do hostelu młodzieżowego prowadzonego przez fundację "Nadzieja" w Bielsku-Białej Hałcnowie. Wprowadził je bp Roman Pindel podczas Mszy św. na 25-lecie fundacji.

- Myślałem, kto mógłby być naszym szczególnym patronem w młodzieżowym hostelu Królowej Pokoju, który fundacja prowadzi w Hałcnowie. Mieszka tam młodzież po zakończeniu terapii w ośrodku. Jestem zafascynowany Harmężami i tym, co robią tam ojcowie franciszkanie, współbracia św. Maksymiliana - opowiada Paweł Kurz, dziś katecheta w Katolickim Ośrodku Wychowania i Terapii Młodzieży „Nadzieja” w Bielsku-Białej, a niegdyś… jego podopieczny.
 
- Na dodatek trafiłem na zdjęcie ojca Maksymiliana stojącego przy rowerze. A w hostelu rowery są pasją prawie wszystkich. Pomyślałem, że dobrze by było sprowadzić do nas relikwie Ojca Maksymiliana, patrona ruchu trzeźwościowego w Polsce. Ale przecież po Świętym, który zginął w Auschwitz fizycznie nic nie zostało. Chyba, że relikwie II stopnia. I wtedy ojcowie franciszkanie dali mi znać, że w Niepokalanowie są włosy z jego brody. Pozostało się dobrze przygotować duchowo do dnia przybycia relikwii… - opowiada Paweł Kurz.
 
Jak dodaje, ta nowa relacja ze Świętym skłoniła terapeutów do zaproponowania młodym podopiecznym włączenia się w Krucjatę Wyzwolenia Człowieka.
 
- Od września zaproponujemy wszystkim, którzy zakończą terapię podpisanie półrocznej deklaracji abstynencji. Wiemy, że to wyzwanie dla nich, ale też wzmocnienie… - dodaje P. Kurz.
 
Podczas Mszy św. sprawowanej w kaplicy rozbudowywanego ośrodka w Komorowicach z okazji 25-lecia Fundacji Zapobiegania i Resocjalizacji Uzależnień "Nadzieja", bp Roman Pindel uroczyście wprowadził relikwie św. Maksymiliana.
 
Razem z biskupem Msze św. koncelebrowali zaprzyjaźnieni z "Nadzieją" księża i księża-terapeuci, z ks. Józefem Walusiakiem, współzałożycielem fundacji i ośrodka na czele.
 
Nie zabrakło przedstawicieli władz samorządowych, terapeutów, pracowników ośrodka i oczywiście 34 młodych podopiecznych, którzy obecnie przebywają w ośrodku na terapii.
 
- Trzydzieści lat temu, razem z przyjaciółmi z różnych wspólnot, którzy również dzisiaj są tutaj obecni, szukaliśmy domu, który by mógł być prawdziwym domem dla młodych ludzi, chcących podjąć terapię uzależnień, terapię odwykową - walkę o swoje życie - wspominał ks. Walusiak. - Było wiele propozycji w rejonie Żywca, Suchej i Krakowa. I wreszcie ktoś nam wskazał to miejsce, w Komorowicach na ulicy Barkowskiej.
 
25 lat temu w marcu, przyszliśmy tutaj, oglądając opuszczony dom, popadający w ruinę. Zaletą było jego położenie: za miastem, a jednak niedaleko centrum. Z Bożą pomocą powstał tu pierwszy w Polsce, katolicki ośrodek "Nadzieja" dla nieletnich.
 
Jak podkreślał ks. Walusiak: - Dziękujemy dzisiaj Bogu za te ponad 3 tys. młodych ludzi, które tu otrzymały wsparcie, za ich krewnych, bliskich, których tu spotykaliśmy. Jedni ukończyli terapię, inni przebywali tu zaledwie kilka dni, ale każdy brał z sobą pomoc i wsparcie tego domu i zasad chrześcijańskich - choć dom jest otwarty dla wszystkich, niezależnie od światopoglądu.
 
Dziękując wszystkim gościom za życzliwość, kierownik ośrodka Adam Kasprzyk przypomniał zaangażowanie twórców fundacji sprzed ćwierć wieku: ks. Walusiaka, ale i ks. prof. Czesława Cekiery i dobrodziejki domu - Heleny Grodzkiej.
 
Dziś fundacja prowadzi ośrodek terapii, dwa hostele - jeden dla młodzieży, drugi dla kobiet będących w trudnej sytuacji życiowej, punkt konsultacyjny dla osób z problemem uzależnienia i Katolicki Telefon Zaufania.
 
W planach jest utworzenie poradni dla osób uzależnionych, której będzie patronował św. Maksymilian.
 
bielsko,gosc.pl

Dzień Ojca z dziećmi - u Mężczyzn św. Józefa w Kętach na Osiedlu: najpierw dzieci przygotowały dla swoich tatusiów pełen humoru program artystyczny, a później ojcowie ze wspólnoty Mężczyzn św. Józefa zaprosili wszystkich na film i spotkanie przy kawie.

To już coroczna tradycja - tuż przed rozdaniem świadectw dzieci z Zespołu Szkolno-Przedszkolnego nr 2 w Kętach, razem ze swoimi nauczycielami i gimnazjalistami, przygotowują specjalny wieczór dla wszystkich ojców. Tatusiowie najpierw spotykają się na Mszy św. w kościele Najświętszego Serca Pana Jezusa na osiedlu, później podziwiają aktorskie popisy swoich pociech, a na zakończenie przechodzą do parafialnej auli Świętej Rodziny, gdzie czeka na wszystkich gościna przygotowana przez wspólnotę Mężczyzn św. Józefa.
 
W czasie Mszy św. ks. Tomasz Hahn mówił mężczyznom, że prawdziwy ojciec to... "trzy w jednym": towarzysz, mistrz i król, który żyjąc na co dzień wartościami chrześcijańskimi, swoich najbliższych prowadzi do prawdziwego przymierza z Bogiem. Ks. Hahn życzył ojcom rodzin, jak i księżom - ojcom duchowym, by ojcostwo traktowali nie jako obowiązek, ale misję. Wtedy każdy z nich będzie "drzewem żyjącym nad płynącą wodą", drzewem, które wydaje dobre owoce.
 
Po liturgii maluchy z wielkim zaangażowaniem recytowały wierszyki i śpiewały piosenki, którymi opowiadały, jak niezwykłymi ludźmi w zwyczajnym świecie są ich tatusiowie. Aż mury kościoła drżały, kiedy dzieci śpiewały: "Tata jest potrzebny, żeby przybić gwóźdź/ Tata jest potrzebny, by na spacer pójść./ Tata jest potrzebny, by przytulić mnie./ I bajkę opowiedzieć, gdy oczy klei sen. Bo tata, tata, tata/ potrzebny bardzo jest./ Gdy kiedyś spotkam lwa, to ON uratuje mnie!".
 
Niejednemu tacie zakręciła się łezka, kiedy dzieci mówiły, że na niedobrą kaszę, zepsuty rowerek, dziurkę w rajstopach, deszcz za oknem czy przykry dzień w szkole jest jedno niezawodne lekarstwo - trzeba się po prostu przytulić do taty, a kłopoty znikają w jednej chwili!
 
Na zakończenie spotkania każde dziecko dostało od ks. proboszcza Jerzego Musiałka prezent dla taty - obrazek Miłosiernego Ojca tulącego marnotrawnego syna, a wspólnota Mężczyzn św. Józefa zaprosiła wszystkich do auli Świętej Rodziny. Tutaj na wszystkich czekały napoje i pyszne ciasta. Mężczyźni pokazali także filmik popularyzujący wspólnoty męskie przy katolickich parafiach.
 
- Spotykamy się regularnie w ostatnie wtorki miesiąca w męskim gronie, ale w związku ze świętem taty zaprosiliśmy dziś całe rodziny - mówi Marek Baścik, lider kęckich Mężczyzn św. Józefa. - Im jest nas więcej, tym radośniej i możemy wszyscy dzielić się swoim doświadczeniem.
 
- Są z nami też uczestnicy kursu Alpha, który zakończył się w parafii tydzień temu - opowiada M. Baścik. - Chcemy ich zachęcić, żeby szukali swojego miejsca we wspólnotach parafii. Mężczyzn bardzo serdecznie zapraszamy do nas. Żeby nie być samemu. Dzisiejszy świat to wiele wyzwań dla mężczyzn. Warto mieć obok siebie kolegów, przyjaciół, którzy wesprą i podniosą, kiedy upadniemy; towarzyszy, którzy - jak na polu walki - pójdą ramę w ramię z nami w najtrudniejszych chwilach.
 
Jak zapowiada pan Marek, po wakacjach mężczyźni parafii chcą się spotykać częściej. - Po 1,5 roku istnienia naszej wspólnoty zrodziły się między nami dobre relacje, przyjaźnie, które obejmują nie tylko nasze comiesięczne spotkania w sali. Razem jeździmy na rowerach, chodzimy w góry, zaangażowaliśmy się w klub morsów, byliśmy razem na Ekstremalnej Drodze Krzyżowej. Wszystkich mężczyzn, którzy chcą działać, chcą być w akcji, zapraszamy do nas!
 
bielsko.gosc.pl

Częstograj

Polecamy muzykę

Najbliższe transmisje

28 Lut 2024 - środa
08:15 - 09:00
Msza św.

28 Lut 2024 - środa
15:00 - 15:20
Koronka do Bożego Miłosierdzia

29 Lut 2024 - czwartek
08:15 - 09:00
Msza św.

Polecane audycje

Katechezy w Bazylice